The Underdogs 2: 20. „Brave New World” (final) + EPILOG

Ludzie tłoczyli się w długim, posępnym korytarzu. Szliśmy przed siebie powoli, żeby nie próbować wzbudzić żadnych poważnych podejrzeń. Póki co strażnicy w innych blokach prawdopodobnie jeszcze nas nie usłyszeli, ale za niedługo mieli nas nie tylko usłyszeć, ale i zobaczyć.

Jiyong szedł prawie na czele. Ja i jakaś kobieta która powiedziała, że jej moc się przyda, kroczyliśmy jakiś metr, może dwa przed nim. Nie było jednak żadnych wątpliwości kto tutaj przewodził. Jiyong miał wokół siebie aurę charyzmy i stanowczości. Nie potrafiłem przestać się w niego wpatrywać, a że aby to robić musiałem oglądać się przez ramię, to wyglądałem naprawdę głupio.

Minęło może pięć minut zanim natrafiliśmy na kolejnych strażników. Zanim zorientowali się na co patrzą, a ja zdążyłem sięgnąć po broń, uderzyli o ścianę z taką siłą, że aż podskoczyłem. Spojrzałem na idącą obok mnie kobietę, która wyszczerzyła zęby w bardzo szerokim, zadowolonym uśmiechu.

– Nawet nie masz pojęcia jak długo chciałam to zrobić – rzuciła cicho.

Odwzajemniłem jej uśmiech. Czułem się taki dumny z siebie, nawet nie wiedziałem czemu. Pewnie wynikało to z faktu, że przeszliśmy tak długą drogę, zarówno metaforycznie, jak i dosłownie, i wciąż byliśmy w pełni sił. Mimo rany Jiyonga, jego infekcji i okropnej gorączki. Mimo naszych niemych kłótni i konfliktów, kiedy jeszcze byliśmy w szkole. Mimo mojej „zdrady”. Mimo tego, że kiedy po raz pierwszy postawiłem stopę w Dolce Vita, nawet nie przyszłoby mi na myśl, że skończę u boku Jiyonga, w takiej sytuacji, idąc przed małą armią Skaz, żeby zaatakować ludzi którzy kiedyś na pewno spali na tych samych łóżkach co ja i moi koledzy w akademii. Dalej czułem się jak żołnierz, ale zupełnie innego rodzaju. Teraz reprezentowałem prawdziwą sprawiedliwość, a nie strach przed nieznanym i pomimo faktu, że przez ostatnie kilka miesięcy miałem wrażenie, że słabnę – i pewnie faktycznie tak było – teraz kroczyłem z nowo odnalezioną w sobie siłą. Ja i Jiyong byliśmy razem w każdym tego słowa znaczeniu. Nie musiałem już żyć przeszłością albo przyszłością, czyli w żalu albo lęku. Teraz było… teraz. Mogłem istnieć w chwili i to się liczyło. W tym momencie nie byłem słaby, lecz silniejszy niż kiedykolwiek. Miałem bronić tych, którzy czuli się tak jak ja się czułem, przynajmniej w ciągu ostatnich kilku tuzinów tygodni. Przeszliśmy obok leżących pod ścianą strażników, a ja poczułem jak czyjeś palce dotykają moich pleców. Jiyong, pomyślałem od razu. Tak, kiedy się odwróciłem, ujrzałem jego twarz zaledwie kilka centymetrów od swojej. Uśmiechał się równie szeroko, co tamta kobieta.

– Teraz? Powinienem uwolnić resztę teraz?

Wzruszyłem ramionami.

– To powinno kupić nam trochę czasu, tak sądzę. Myślę, że możesz śmiało to zrobić jeżeli uważasz, że masz wystarczająco sił.

Jiyong skinął głową. Spojrzałem na tłoczące się za jego plecami Skazy, które wpatrywały się w naszą dwójkę z oczekiwaniem. On jednak nic im nie powiedział. Po prostu zaczął się skupiać. Jego palce wciąż dotykały moich pleców…

Jiyong stoi na placu. Czerwień pada z nieba. Chmury są różowe, ale słońce jest wysoko na niebie. Nie wschodzi. Nie zachodzi. Śnieg wokół wygląda tak, jakby to chmury leżały na ziemi. Różowe chmury. Różowy śnieg. Czerwień i biel, razem.
Ktoś coś krzyczy, ale słowa brzmią jak pisk ptaka. Albo pisk opon. Nie potrafię określić.

Coś się dzieje. Wszędzie wokół, chaos. Na ziemi leżą ciała, ale nikt nie walczy. Kto umarł, ten umarł. Kto umiera, ten umiera.

Wielu umiera. Nie naszych. Oparzenia na skórze. Krzyki. Zasłaniają się, czym się da. Ale nie puszczają broni. Nigdy nie puszczają broni.

Próbuję objąć Jiyonga. Odpycha mnie. Chaerin dotyka jego twarzy, ale ją też odpycha. Znowu próbuję go objąć. Otwieram usta, krzyczę. Mój głos brzmi jak krakanie kruka.
Wołam „nie”. Ale to ich boli, nie mnie. Patrzę na śnieg na swoich dłoniach. Jest czerwony.

Jak krew.

– Seunghyun?

Jiyong złapał mnie pod ramię. Otworzyłem oczy – nie miałem pojęcia, że je zamknąłem. Nie miałem pojęcia, że się przewróciłem.

Prawie. Kiko i Jiyong podtrzymywali mnie, wpatrując się w moją twarz z troską wypisaną na ich.

– To nic – odparłem odruchowo. – Tylko…

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Kiko popatrzyła na mnie tak jakby wiedziała o co chodzi. Ale nie mogła, prawda? To ja Słyszałem, a nie mieliśmy żadnego kontaktu z resztą przewodzących rewolucji Skaz. Nawet jeśli ktoś widział to co zobaczyłem ja, nie mogliśmy mieć o tym żadnego pojęcia. Żadnego.

Stanąłem na prostych nogach. Omijałem zaintrygowane spojrzenia otaczających nas Skaz.

– Uwolniłeś ich? – zapytałem.

Jiyong wyglądał tak, jakby miał definitywnie zmienić temat i nie podobało mu się, że ja to zrobiłem. Po chwili dalszego wpatrywania się we mnie najwidoczniej zrozumiał, że nie mam zamiaru wytłumaczyć mu, co się stało. Przecież i tak na pewno wiedział, że miałem wizję.

Nie wiedział tylko, jak zła była.

– Tak – odpowiedział. – Możemy iść dalej… możemy, prawda?

Natychmiast pokiwałem głową i odwróciłem się do niego plecami, żeby ruszyć przed siebie.

Musiałem zrobić coś, żeby ta wizja się nie spełniła. Nawet nie wiedziałem czy mogłem, ale ten śnieg… ten śnieg nie zwiastował niczego dobrego. Pewnie powinienem porozmawiać z Kiko, bo najwidoczniej miała z tym coś wspólnego skoro wiedziała, że coś jest nie tak. Nie natrafiliśmy jeszcze na Chaerin, więc miałem trochę czasu.

Moje nowo odkryte morale trochę spadły. Przyszłość nie prezentowała się kolorowo. Szliśmy przed siebie. Alarm włączył się po zaledwie kilku minutach i był tak okropnie głośny, że cudem powstrzymałem się przed zakryciem uszu. Słyszałem, że ludzie za moimi plecami zatrzymują się w pół kroku. Ktoś jęknął prawie na tyle głośno, żeby zagłuszyć wyjącą syrenę. Cały korytarz omieciony być migającym, czerwonym światłem.

– Już wiedzą – rzucił Jiyong. – Wiedzą o nas.

– Albo i nie – odparłem. – Może dopiero wiedzą, że coś się dzieje. W końcu otworzyłeś wszystkie cele.

– I to tak, że nie uda im się ich zamknąć – powiedział z dumą. – Mam tylko nadzieję, że reszta zorientowała się, że mogą swobodnie używać mocy. Nie chciałbym, żeby ktoś zginął tylko dlatego, że nie mają o tym pojęcia.

– Nie martw się tym. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że czuć różnicę.

Jiyong uśmiechnął się do mnie po czym odwrócił się, aby spojrzeć na tłoczące się za nami Skazy. Skinął lekko głową, a następnie z powrotem zwrócił się w kierunku w którym podążaliśmy.

Założyłem, że strażnicy zlecą się jak muchy do dwóch bloków w których zostały otwarte cele. A i B. Póki co pewnie uważali, że w bloku, który właśnie opuszczaliśmy, nic się nie działo. Wiedziałem jednak, że to nie potrwa długo. Właściwie to tylko tyle, ile zajmie im zorientowanie się, że strażnicy, których się pozbyliśmy, nie odpowiadają na ich wezwania.

Jiyong zrównał swój krok z moim.

– Sądzisz, że „Skazy” to nieodpowiednie określenie?

Parsknąłem śmiechem. – Co to za pytanie?

Wzruszył ramionami. Jego spojrzenie było skupione na czymś w oddali.

– Po prostu to trochę… rasistowskie, nie? Nie przyczyniamy się do naszej separacji używając tego określenia z taką lekkością?

Zerknąłem na niego. Wyraźnie koncentrował się na tym pytaniu, widziałem to na jego twarzy. – Skąd przyszło ci to do głowy?

– Nie wiem. Muszę o czymś myśleć, żeby nie oszaleć.

Pokręciłem głową. – Sądzę, że jest za późno, żeby zmieniać nazwę… tego, czym jesteśmy. Poza tym, nie sądzisz, że przyjęcie tego określenia i używanie go sprawia, że pokazujemy… nie wiem. Pewien rodzaj integracji? Że wiemy czym jesteśmy dla innych, ale się tego nie wstydzimy?

Przed nami pojawił się strażnik. Ktoś natychmiast się nim zanął, wyrywając mu z dłoni broń i przygważdżając go do ściany za pomocą daru. Jiyong patrzył na mnie z czymś w rodzaju podziwu wypisanym na twarzy. Wydawał się być niemalże… oczarowany.

– To ma sens – powiedział cicho. – Podoba mi się twój tok myślenia, Seunghyun.

– Nie jestem idiotą.

– Wiem. Nigdy nie uważałem cię za głupiego.

– Dobrze wiedzieć.

Jiyong szturchnął mnie łokciem. Chciałem zapytać go, czy ma jeszcze jakieś pytania, ale w tym momencie Kiko pojawiła się tuż obok nas.

– Jeszcze może dwa zakręty i znajdziemy się w przejściu pomiędzy blokami. Na pewno będzie zamknięte, ale raczej sobie z tym poradzimy… martwi mnie tylko fakt, że będzie tam naprawdę wielu strażników. Mam nadzieję, że wiecie, co robicie.

– Wiesz, jak wygląda ta część budynku? – zapytałem. – Jeśli tak, to powinno udać nam się ich jakoś otoczyć.

Kiko pokiwała głową.

– Jeśli się rozproszymy, nie będzie z tym problemu. Myślę, że wszystkie bloki mają mniej więcej ten sam plan… to brzmi logicznie, prawda?

Jiyong wzruszył ramionami.

– Zdaję się na ciebie. – Zerknął ponad swoim ramieniem. – Powiedz im, że w momencie w którym znajdziemy się w bloku B, wszyscy powinni się rozdzielić. Grupy nie mniejsze niż siedem osób… i najlepiej z przynajmniej dwoma ofensywnymi mocami.

Kiko wykonała parodię salutu. Parsknąłem śmiechem.

– Tak jest, kapitanie – rzuciła sztucznie sztywno. W jej oczach błyszczały iskierki rozbawienia… które w połowie zakrywał cień strachu. – Już się robi.

Cofnęła się. Słyszałem, jak gorączkowo tłumaczyła grupie na czym polegał plan.

– Czemu siedem? – zapytałem Jiyonga. – To niezbyt taktyczne.

Roześmiał się cicho, zakrywając dłonią usta.

– Siedem to szczęśliwy numer, prawda?

Pokręciłem głową, nie wierząc w to co usłyszałem. Cóż, nie miałem zamiaru dawać Jiyongowi lekcji z taktyki wojskowej. Oczywiście, że podzielenie na pary byłoby lepsze, tym bardziej, że nie było czasu żeby wybrać lidera każdego z „oddziałów”, ale dwie pary i jedna trójka też nie brzmiało tak źle. Poza tym to nie tak, że ci ludzie mieli jakiekolwiek doświadczenie w tych sprawach. Wiedziałem, że przynajmniej tuzin z nich brał czynny udział w wojnie, a przynajmniej tak zakładałem, ale ile z tego wiązało się z przewagą liczebną i elementem zaskoczenia? Teraz też mogliśmy liczyć jedynie na to. Siedem przeciwko dwóm, trzem strażnikom, którzy wiedzieli jak obchodzić się z bronią i pewnie ćwiczyli na wypadek takiej sytuacji. Czy tak wyglądało powstanie więzienne? Czy tak w ogóle wyglądało powstanie, które nie było kompletnie bierne? Do tej pory stałem po zupełnie innej stronie, jeśli chodziło o ataki. Albo je odpierałem, albo brałem udział w starannie zaplanowanych, zapiętych na ostatni guzik rajdach.

Nigdy nie sądziłem, że mógłbym należeć do rebeliantów. Do atakujących żeby atakować, a nie atakujących żeby bronić.

Nigdy nie sądziłem też jednak, że mógłbym być w stanie coś zmienić.

A teraz zmieniałem cały świat.

~

O dziwo nie napotkaliśmy większych problemów. Nie dotarliśmy do centrum bloku B, ale tylko dlatego, że spotkaliśmy uwolnionych z niego więźniów w połowie drogi. Było ich o prawie połowę mniej niż tych z bloku C, ale byli równie zaskoczeni na widok Jiyonga, co tamci. I równie wypełnieni determinacją, kiedy zafundował im tę samą przemowę. Nawet te Skazy, które już ją usłyszały, słuchały z uwagą, łącznie ze mną i Kiko. I Chaerin, która wyłoniła się z tłumu gdy tylko usłyszała głos Jiyonga. Na jej widok moje gardło zmieniło się w słomkę, tak zaciśnięte nagle było. Patrzyłem na nią, obserwowałem każdy jej ruch, ale to nie ona była powodem czerwonego śniegu. Zachowywała się całkiem normalnie, stojąc z ramionami skrzyżowanymi na piersi…

Nie licząc spojrzenia, które posłała Kiko. Teraz byłem pewien, że obie wiedziały coś, co było istotne.

Kiedy znów ruszyliśmy, po tym jak Chaerin wyściskała nas troje – tak, nawet mnie – poczekała, aż Jiyong wysunie się naprzód. Potem złapała mnie za ramię i pociągnęła w tył. Nawet nie próbowałem ukrywać zaskoczenia.

– Seungri uciekł – powiedziała. – Nie mam pojęcia gdzie jest, ale na pewno uciekł. Tak samo Hyuksoo, Xin i twój przyjaciel, Taehoon, chociaż cała czwórka pozbyła się całkiem sporej ilości żołnierzy. Pewnie nie uciekliby, gdyby nie fakt, że zaczęliśmy słabnąć i wiele osób zaczęło się ulatniać… w miarę możliwości. Twoje dwie przyjaciółki są w bloku A. Widziałam je.

– A Youngbae? – zapytałem.

Zacisnęła usta. Jej oczy zaświeciły się, ale tym razem nie był to wyraz ekscytacji. Natychmiast zrozumiałem o co jej chodziło i tym samym dotarło do mnie, czemu Kiko wyglądała na tak zmartwioną.

– Mój Boże – mruknąłem. Chaerin pokiwała głową.

– Kilka minut po tym, jak… – jej głos się złamał. – Po tym jak Jiyong was przeniósł. Prosto między oczy… to było okropne. Przynajmniej umarł szybko… chyba.

– Tak – odparłem. – Mogło być gorzej.

Wbiłem wzrok w plecy Jiyonga. Teraz wydawało mi się, że wszystkie moje organy zostały obwiązane drutem kolczastym. Dlaczego Youngbae, ze wszystkich obecnych? Czułem żal i to nie tylko z powodu jego śmierci. Bałem się, jak zareaguje Jiyong. W końcu to był jego najlepszy przyjaciel… a poza tym widziałem, jak szuka go w tłumie. Nie miałem pojęcia, dlaczego nie zapytał Chaerin albo Kiko…

Nie. Wiedziałem. On zdawał sobie sprawę z tego, że Youngbae może nie żyć. Po prostu odwlekał moment, w którym się tego dowie.

Przełknąłem. – Powiesz mu? – zapytałem. Chaerin się zawahała.

– Myślałam, że ty to powinieneś zrobić. Chyba… przyjmie to lepiej.

– Nie sądzę, by istniało jakieś lepiej.

– To cud, że nie straciliśmy nikogo innego… cóż, było kilka ofiar. Może nawet kilkanaście. Ale ogólnie poradziliśmy sobie całkiem dobrze.

Miałem nadzieję, że jakimś cudem uda nam się uchronić Jiyonga przed tym odkryciem przynajmniej do momentu, aż opuścimy teren więzienia. Szanse były nikłe, ale tak byłoby najlepiej. Nie miałem pojęcia jak może zareagować, ale wątpiłem, żeby skończyło się to w pozytywny dla nas sposób. Dobrze wiedziałem, jak potężny potrafił być żal. Nie sądziłem, żeby istniało gorsze uczucie niż utrata kogoś. Moja siostra, moi koledzy, Jiyong – straciłem wiele osób, albo przez to, że opuścili ten świat, albo to, że opuścili mnie. Miałem to szczęście, że chociaż Jiyong mógł do mnie wrócić.

Ale w przypadku Youngbae tak nie było.

Z żalem wiązało się palące uczucie beznadziejności i jeśli miało dopaść naszego obecnego przywódce, wszystko mogło się posypać. Musiał być spokojny. Musiał być opanowany. Musiał pozostać w tymczasowej niewiedzy.

Ale kiedy dotarliśmy do bloku A, a ja zwróciłem na niego swój wzrok, widziałem jak jego spojrzenie skacze od twarzy do twarzy. Widziałem, jak szuka nie tyle znajomych mu osób, co tej jednej, konkretnej. Przemawiając, mówił głośniej i wyraźniej, jakby chciał się upewnić, że na pewno wszyscy go usłyszą. Wszyscy rozpoznają jego głos i wyjdą przed szereg.

Jednakże jego słowa, same w sobie, były suche i bez pasji. Odbijały się echem, tak jak jego kroki, które dziwnie odstawały od tłumu. Gdy ruszyliśmy w stronę wyjścia, patrzył przed siebie, ignorując wszystko i wszystkich. Nie spojrzał ani na mnie, ani na dziewczyny.

– Seunghyun!

Odwróciłem się. Zanim zorientowałem się co się dzieje, Eunji objęła mnie mocno, prawie na mnie skacząc. Odwzajemniłem uścisk, lekko skonfundowany, bo mimo że wiedziałem, że ją tu znajdę, jej obecność wyrwała mnie z rozmyślań i obserwowania Jiyonga.

– Nawet nie wiesz jak się martwiłam – rzuciła. Jej głos był nienaturalnie wysoki; oby tylko się nie rozpłakała. – Nie mogliśmy znaleźć ani ciebie, ani Hyuksoo.

Poklepałem ją po plecach, ale zaraz potem odsunąłem się i pociągnąłem ją do przodu. Nie chciałem stracić z oczu Jiyonga. Eunji ruszyła przed siebie bez chwili wahania, cały ten czas wpatrując się we mnie z uczuciem. Poczułem się trochę winny, że tak mało o nich myślałem od kiedy Jiyong przeniósł nas do lasu. Tak, martwiłem się o nich, ale nie spędzało mi to snu z oczu. Znacznie bardziej martwiłem się o ranę na ramieniu mojego towarzysza. Co, w sumie, miało jednak trochę sensu. Próbowałem usprawiedliwić się, wmawiając sobie, że taki był mój obowiązek. Stawiając Jiyonga na czele moich priorytetów, tak naprawdę stawiałem tam wszystkich… prawda? W końcu to on miał wszystko naprawić, a robiąc to, ratował cały nasz rodzaj.

Nie byłem pewien, czy to miało jakikolwiek sens, skoro teraz jego ramiona i kark były sztywne, a dłonie zaciśnięte w pięści. Już przestał myśleć. To już się stało.

Boże, on już wiedział.

Eunji mówiła coś do mnie, ale nie miałem pojęcia co. Nie zwracałem na nią większej uwagi. Znów wytłumaczyłem to sobie tak, jak wytłumaczyłem sobie fakt, że zignorowałem swoją „tęsknotę” do Daesunga – wszystko było z nią w porządku. Tymczasowo była bezpieczna. Póki nie walczyliśmy, nie musiałem się nią przejmować.
To nie czyniło ze mnie złego człowieka.

Prawda?

Jiyong nagle zatrzymał się w pół kroku, co było dość dziwne, bo znajdowaliśmy się może dwa zakręty od wyjścia, jeżeli dobrze wyobrażałem sobie rozkład budynku. Odwrócił się do nas. Wszystkie Skazy, cały ten tłum teraz ponad setki osób, również zamarł. W przeciwieństwie do Jiyonga nie milczeli jednak, tylko rozmawiali ze sobą, częściowo przestraszeni, częściowo podekscytowani.

Wiedziałem już, że to ten moment. Przeszedł mnie dreszcz. Zaraz miał się dowiedzieć… chociaż już wiedział. To, jak na nas spojrzał, sugerowało, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co zaraz usłyszy. W myślach zacząłem już przeklinać siebie i los. Tak, definitywnie nie miało pójść dobrze. Nie miałem pojęcia skąd, ale wiedziałem to. Coś podpowiadało mi, że moja wizja miała z tą wiedzą wiele wspólnego.

Gdy Jiyong się odezwał, jego głos był twardy i chłodny. Jak sople lodu zwisające z dachów prawie każdego domu na świecie.

– Gdzie jest Youngbae? – spytał. Jego wzrok spoczął na każdym z nas – na mnie, na Kiko, na Chaerin, nawet na Eunji – po kolei. – Myślałem, że go tutaj zobaczę.

Czułem na sobie spojrzenia dwóch osób. Najwidoczniej Chaerin już wtajemniczyła Kiko w swój plan, który polegał na tym, że jeżeli Jiyong miał się wściec na tyle, żeby kogoś zamordować, to ja miałem być tym kimś.

Jak miałem mu to powiedzieć? Jak mówiło się komuś, że jego najlepszy przyjaciel nie żyje? Nie chodziło o to, że bałem się skończyć po stronie która miała zebrać na siebie gniew Jiyonga, po prostu… nie potrafiłem radzić sobie w takich sytuacjach. Powinienem powiedzieć to używając eufemizmu? Czy prosto, od razu do celu? A może zupełnie inaczej, nie mówiąc tego wprost, ale pomijając ten fakt, używając przy tym słów na tyle oczywistych, żeby Jiyong od razu zrozumiał, co się stało z Youngbae?

Nie miałem pojęcia. Wahałem się na tyle długo, że to Chaerin postanowiła się odezwać.

– Przykro mi – powiedziała. Nie wiedziałem, czy jej głos drżał z żalu, czy ze strachu. Bez sensu. Wątpiłem, żeby Jiyong postanowił ją skrzywdzić tylko dlatego, że przekazywała przykrą wiadomość. „Nie strzelajcie do posłańca”, prawda?

Ale wyraz twarzy Jiyonga po tym, jak usłyszał jej słowa, sprawił, że musiałem się nad tym dwa razy zastanowić. Przez długie kilka sekund myślałem, że będę musiał zasłonić ją własnym ciałem i w tej samej chwili zrozumiałem, dlaczego wolała, żebym to ja odpowiedział na to pytanie.

Nie wyglądał na wściekłego. Wręcz przeciwnie. Jego mięśnie zamarły, jak gdyby ktoś poraził je prądem, ale nie w ten sam sposób kiedy zaciskał szczękę i mrużył powieki, gniewny. Nie, jego twarz straciła… jego twarz wyglądała jak twarz Hyuksoo, gdy przestawał udawać. Bardziej jak maska niż żywy kłębek mięśni, ścięgien i skóry. Zadrżałem na ten widok i byłem pewien, że inni też nie potrafili się przed tym powstrzymać.

Po raz kolejny miałem wrażenie, że patrzę w oczy manekinowi.

– Jiyong – rzuciłem, żeby wymusić na nim jakąkolwiek reakcję.

Zachowywał się tak, jakby mnie nie usłyszał. Jakbym nie istniał. Jego wzrok był skupiony na czymś w oddali… a przynajmniej tak mi się wydawało w pierwszej chwili. Później doszedłem do wniosku, że było dokładnie na odwrót. Jego spojrzenie nie było skupione na absolutnie niczym, a przynajmniej na niczym fizycznym. „Zawiesił się”.

Kiko złapała się mojej kurtki. Jej uścisk był na tyle kurczowy, że nie musiałem na nią patrzeć, żeby wiedzieć, że bardzo nie podobało się jej to, co widziała. Zgadzałem się z nią kompletnie.

– Jak to się stało?

Mówiąc, Jiyong ledwie poruszał ustami i szczęką. Zerknąłem na Chaerin, która znowu spojrzała na mnie. Wzruszyłem ramionami. To ona przy tym była, ona powinna mu powiedzieć. I po części tak też zrobiła; podeszła do niego i ujęła jego dłoń w swoje.

Zamknął oczy, wzdychając przy tym ciężko. Pokazywała mu. Tworzyła iluzję, która tak naprawdę była wspomnieniem.

Nie sądziłem, żeby był to dobry pomysł, ale milczałem. Milczałem, bo sam nie znałem lepszego wyjścia z tej sytuacji. Jeśli to ona musiała to zrobić, sądziłem, że powinienem pozwolić jej wybrać metodę. Co nie oznaczyło znowu, że była to odpowiednia opcja. W końcu coś takiego, halucynacja tego typu, musiała stawiać Jiyonga w pozycji bardzo bliskiej do bycia świadkiem tego morderstwa. A Jiyong, mimo, że często próbował udawać chłodnego i opanowanego, tak naprawdę był wulkanem emocji.

W momencie w którym pomyślałem o czerwonym śniegu w kontekście tego, co się teraz działo, Jiyong otworzył oczy, które zamknął gdy tylko Chaerin dotknęła jego dłoni. Spojrzał na nią, tylko na nią, po czym przycisnął ręce do klatki piersiowej, jak gdyby się oparzył. Zmrużył powieki, ale tym razem nie zacisnął ich kompletnie.

Może się myliłem. Może nie miało być aż tak źle.

Ale wiedziałem, że tak naprawdę teraz miał nastąpić punkt kulminacyjny – główny kryzys, konflikt. Wszystko sprowadzało się do tego momentu, przynajmniej od tamtego dnia, kiedy wpadłem do jeziora i po raz pierwszy zobaczyłem czerwony śnieg.

Niestety masz rację.

Wzdrygnąłem się, ale nie na tyle, żeby ktokolwiek zauważył. A przynajmniej taką miałem nadzieję.

Co mam zrobić, pomyślałem. Co robić?

Znasz go. Przecież wiesz.

Nie, nie wiedziałem. Znowu nie miałem pojęcia, co byłoby odpowiednią akcją, a co nie.

Zaryzykuj. Powinieneś być w tym dobry.

Dzięki za radę. Wiesz co? Wolałem cię, kiedy nie potrafiłeś się wysławiać i krzyczałeś tylko wtedy, kiedy byłem w jakiś sposób zagrożony.

Ludzie się zmieniają.

Więc jednak jesteś człowiekiem?

Nie. Sugerowałem, że to ty się zmieniłeś. Nie tylko słyszysz, ale także słuchasz. To wyłącznie twoja wina… jeśli chcesz kogoś faktycznie obwiniać.

W porządku. I tak miałem ważniejsze rzeczy na głowie niż kłócenie się z głosem po raz setny w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy.

Na przykład Jiyonga, który wciąż stał nieruchomo, wpatrując się w Chaerin. Jeśli był zły lub smutny, nie dawał po sobie tego poznać; jego twarz dalej nie wyrażała żadnych konkretnych emocji. Wkrótce miałem zamiar się poddać i uczynić jakiś gest w jego stronę, który by go „przebudził”, ale póki co postanowiłem uważnie go obserwować.

Kiko potrząsnęła moim ramieniem. Pokręciłem głową; nie mieliśmy na to czasu.

Chaerin cofnęła się o krok. Czyżby dostrzegła coś, czego ja nie byłem w stanie dostrzec?

Chyba tak, bo Jiyong odwrócił się do nas plecami i zaczął iść przed siebie, o wiele szybciej i pewniej niż poprzednio. Trochę się zataczał, jakby za dużo wypił, ale wiedziałem, że był trzeźwy. Tak, definitywnie się wściekł.

Niemalże podbiegłem do niego. Trzymałem się na tyle daleko, by dać mu przestrzeń, chociaż nie wiedziałem, czy to odpowiednia taktyka. Nie chciałem go jeszcze bardziej zdenerwować, nie teraz, kiedy jego skłonność do wybuchów pewnie podniosła się dwukrotnie.

– Jiyong! – zawołałem mimo to. – Zaczekaj!

Ale on wyraźnie nie miał zamiaru zwolnić. Szedł przed siebie, zdeterminowany. Lęk zacisnął się wokół mojego żołądka. Powinienem był spróbować zrobić coś wcześniej. Zadziałać w jakiś sposób. Mogłem się spodziewać, że dojdzie do czegoś takiego.

Zbliżyliśmy się do głównego wyjścia. Jiyong jednym ruchem dłoni otworzył pierwsze drzwi, które prowadziły do pomieszczenia, w którym dokonywano przeszukań. Gdy przeszedł przez bramkę do wykrywania metalu, zapiszczała. Fakt, że nikt nie przybiegł, zaalarmowany, podpowiedział mi, że większość strażników – jeżeli nie wszyscy – znajdowała się już na zewnątrz. Widziałem to oczami wyobraźni. Na pewno byli już ustawieni tak, by skutecznie nas otoczyć… chociaż musieli wiedzieć, że nic by to nie dało.

Pewnie starali się chronić tej części terenu więzienia, która graniczyła z miastem. Taktycznie nie miało to sensu, bo na pewno wiedzieli, że nie interesuje nas atakowanie cywili… chociaż nie było wiadomo, jakimi kłamstwami zostali nakarmieni. Musiałem pamiętać, że chociaż duża część ludzi zaczynała dostrzegać prawdę, dla żołnierzy wciąż byliśmy potworami. Wiedziałem to z doświadczenia.

Wkrótce znaleźliśmy się przed głównym wejściem. Jiyong przez sekundę zawahał się, ale trwało to właśnie tyle – jedną sekundę. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, zanim Skazy za moimi plecami się zatrzymały, zanim Kiko zdążyła mnie dogonić, drzwi już stały przed nami otworem.

Miałem rację; gdy wyjrzałem na zewnątrz, zobaczyłem żołnierzy stojących w pozycjach gotowych do ataku. Byli porozstawiani w tak dokładny sposób, że byłem pewien iż było to wcześniej zaplanowane. Musieli właśnie wcielać w życie jakiś plan na wypadek takiej sytuacji. Ciekawe, czy zdawali sobie sprawę z tego, że generalnie nie mają żadnych szans. Nie w tym momencie, kiedy nie chronił ich jesion i gdy mieliśmy taką przewagę liczebną. Chociaż byłem pewien, że już wezwali wsparcie. Najbliższa baza Valkyrii była na tyle blisko, że mieliśmy góra czterdzieści minut.

Przekazałem to Jiyongowi. Zerknął na mnie, ale jego oczy wydawały się ślepe na cokolwiek innego niż znajdujący się przed nim strażnicy.

Skazy wylały się na zewnątrz. Jeden z mężczyzn w wieży strażniczej machnął ręką do drugiego. Tak, zdawali sobie sprawę z naszej przewagi. Już nastąpiła jakaś zmiana we wstępnym planie. Próbowałem się skupić, żeby ją dostrzec, ale przeszkadzały mi rozlegające się wokół rozmowy i rozbrzmiewające pomruki. Walka była nieunikniona i z jednej strony o tym wiedziałem, bo tego się właśnie spodziewaliśmy, ale w głębi ducha miałem nadzieję, że do niej nie dojdzie. Wystarczyło mi, że Jiyong już raz został ranny.

Z drugiej strony jednak wiedziałem, że tym razem do tego nie dojdzie. Widziałem determinację i coś bardzo niebezpiecznego w oczach Jiyonga. Coś, co mówiło mi, że tym razem nas nie przeniesie. Miał zamiar doprowadzić to do końca, to było oczywiste.

– Jiyong… ostrożnie – poprosiłem.

Znów spojrzał na mnie, w ogóle na mnie przy tym nie patrząc.

– Muszą za to zapłacić – powiedział, po czym o wiele głośniej dodał: – Przyjaciele! Nadszedł moment, na który tyle czekaliśmy.

Na niewielkim placu przed głównymi drzwiami do budynku więzienia zapanowała kompletna cisza. Byłem pewien, że nawet strażnicy, którzy stali dobre sto metrów od nas, słyszeli słowa Jiyonga.

– Czas zawalczyć o naszą wolność. Czas na zwycięstwo… albo śmierć.

Powinien nauczyć się motywacji, pomyślałem. Ale ludzie chyba się ze mną nie zgadzali, bo na ich twarzach pojawiła się determinacja równa tej, którą wykazywał Jiyong. Oczywiście, mogłem się spodziewać tego, że będą gotowi za niego umrzeć. W zasadzie tylko tyle im pozostało.

I rozumiałem ich, rozumiałem w pełni. Właściwie to popełniłem błąd mówiąc, że umieraliby za niego. Umieraliby za siebie. Jiyong „jedynie” im przewodził, pokazywał, co powinni teraz zrobić, a co nie było w tym momencie odpowiednią taktyką. Tym ludziom skradziono ich życia. Skazano ich na wykluczenie i polowano na nich, mimo że w większości byli niewinni. Ba, byłem pewien, że jakiekolwiek przestępstwo popełnili, nie była to ich wina. Popchnęła ich do tego desperacja, którą zasadzili w ich sercach oprawcy.

Ilu z nich zabiło, mimo że nie chciało? Ilu z nich skrzywdziło innych tylko dlatego, że zostali do tego zmuszeni przez sytuację? Nie kilku, nie kilkunastu. Pewnie ze dwa tuziny, jak nie więcej.

Nie uczestniczyłem w wojnie, nie aktywnie. Nie widziałem jej skutków, nie licząc opustoszałych ulic i kilku artykułów. Znałem ją tylko z opowieści, bo podczas gdy ludzie ginęli, ja się ukrywałem. Nawet teraz, kiedy widziałem jak gniew i rozpacz przejmują kontrolę nad otaczającymi mnie Skazami, wciąż miałem zamiar się chować. Nie dosłownie, nie. Moja dłoń spoczęła na karabinie i byłem gotów go użyć, żeby ranić albo zabić, cokolwiek było konieczne, ale nie miałem zamiaru wyjść przed szereg. Nie, planowałem użyć go tylko po to, żeby chronić Jiyonga. Bo zamiast robić to, co powinien robić każdy żołnierz, a przynajmniej dobry żołnierz, czyli chronić wszystkich niewinnych, miałem zamiar pilnować tylko jednej osoby. Moim priorytetem nie było uratowanie jak największej liczby żyć, jak powinno być, ale tej jednej, konkretnej osoby.

Nie mogłem nazywać się żołnierzem, ale z pewnych powodów już mi to nie przeszkadzało. Nie wiązałem tego zawodu, tej pozycji, z honorem i dumą. Nie cieszyło mnie to, że mam wymówkę, by ubrać mundur. Nie. Od jakiegoś czasu wiązałem go raczej z hańbą i zwykłym idiotyzmem.

Nie byłem już pasterzem. Byłem owcą.

A gdy walka się rozpoczęła, czułem się bardziej jak wilk.

~

Okazało się, że Jiyong potrafił sam o siebie zadbać… dbając także o innych. Stworzył coś w rodzaju pola, które albo odbijało kule, albo je zatrzymywało, albo zwalniało je na tyle, że nie potrafiły przebić się przez ciało. Oczywiście, nie otaczało nas kompletnie. Po kilkunastu minutach naliczyłem przynajmniej dziewięć postrzałów, ale na szczęście były to bardzo płytkie rany. Jeszcze nikt nie umarł i miałem nadzieję, że tak pozostanie. Chaerin szalała. Obserwowałem ją, bo nie było żadnego sensu w obserwowaniu Jiyonga, który stał bez ruchu, skupiając się jedynie na defensywie. Ona za to przechadzała się z jednej strony pola walki, do drugiej. Widziałem stworzenia, których normalnie nie potrafiłbym sobie wyobrazić, atakujące żołnierzy. Niektórzy panikowali i próbowali się wycofać, inni na darmo do nich strzelali. Jeden z powodów, przez który udawało nam się ich odpierać. Obierali na cel ataku wyniki mocy Skaz, a nie same Skazy.

Bali się, nawet jeśli próbowali tego nie pokazywać.

Uśmiechnąłem się. To działało na naszą korzyść. Byłem przekonany, że nie mieli pojęcia, co się dzieje. Spodziewali się słabych, oszołomionych więźniów, którzy nie wiedzieli co powinni robić, a dostali małą armię. Jiyong, chociaż powinien być zadowolony z tego, jak wszystko się potoczyło, wcale na takiego nie wyglądał. Trzymałem się blisko niego, obserwując wyrastające z ziemi skały, drzewa które wyciągały swoje gałęzie niczym ramiona, oplatając walczących strażników, oraz najprostsze z najprostszych, telekinezę. Widziałem jednak wiele innych, niesamowicie fascynujących przejawów mocy.

Kilku strażników padło, przeszytych czymś, co wyglądało jak sople lodu albo kolce z białego kryształu. Cokolwiek to było, działało.

Zaobserwowałem też jednak, że wiele Skaz nie chciało albo nie mogło walczyć. I nawet ci, którzy postanowili użyć swoich darów jako broni, starali się w większości nie zabijać, ale obezwładniać swoich przeciwników. Tylko w momentach, kiedy wzrok Jiyonga spoczął na kimś, kto mógłby być martwy, a nie był, widziałem w nim jakieś emocje. Złość, zawód… zniecierpliwienie. Wszystkie trzy wybuchały naraz, po czym z powrotem zamieniały się w twardą, nieprzeniknioną maskę. Za każdym razem wydawały się być silniejsze, a szczególnie to ostatnie uczucie.

Wiedziałem, że chce wziąć sprawy w swoje ręce, jeszcze zanim to zrobił.

Trochę czasu minęło, zanim do tego doszło. Przynajmniej dwie osoby, których imion nie znałem, umarły po naszej stronie. Chociaż martwych albo rannych strażników było o wiele więcej, pole ochronne, które stworzył Jiyong, zaczynało drżeć. Wiedziałem, że to już czas, żebym zadziałał.

A mimo to wahałem się. Aż do momentu, w którym przybyło wsparcie. Najpierw przyleciał helikopter. Potem przyjechało przynajmniej dziesięć wozów wojskowych. Jiyong wciąż obserwował walczące Skazy i starał się je ochraniać, ale widziałem, że zerkał w stronę pojazdów. Nie spojrzał za to w górę, chociaż na pewno usłyszał dźwięk śmigieł. Mógłby jednym ruchem dłoni posłać go na ziemię. Nie przypomniałem mu o tym. Nie miałem zamiaru niepotrzebnie go prowokować.

– Jiyong – szepnąłem, zbliżając swoje usta do jego ucha. Nie wzdrygnął się, jakby spodziewał się, że znajdę się bliżej. Jakby to przewidział albo wiedział, że się poruszam. – Nie chcesz tego robić – powiedziałem. – Wszystko idzie po naszej myśli. Poradzimy sobie z ich wsparciem, w końcu nie przyjechali czołgami.

– Mają cięższą broń – odrzekł. Ton jego głosu był pusty ale wiedziałem, że się ze mną zgadzał.

– Może i mają, ale my mamy ciebie. I resztę mocy. Eunji poradzi sobie ze wszystkimi rodzajami elektroniki, popatrz tylko na nią.

Spojrzał w jej stronę. Dziewczyna stała na czymś w rodzaju ozdobnego murku przy wejściu do budynku więzienia. Rozglądała się, kompletnie skupiona, co jakiś czas celując w coś palcem wskazującym. Ale nie pokazywała nikomu niczego, bo stała sama. Próbowała skupić swoją moc, uczynić ją bardziej efektywną. Z tego co widziałem, to jej wychodziło, bo pojazdy, w których przybyło wsparcie z żołnierzami Valkyrii, zatrzymywały się dalej, niż powinny.

Wysoka technologia najwidoczniej nie zawsze była rozwiązaniem.

– Nie chcę więcej ofiar – powiedział Jiyong.

Pole ochronne zawibrowało. Niektóre z walczących Skaz obejrzały się na nas, posyłając mi gniewne spojrzenia, jakby to była moja wina. Już chyba do tego przywykłem.

– Co ze „zwycięstwo albo śmierć”?

– Nie chcę śmierci.

Jiyong wypowiedział te słowa słabo i na pewno szczerze. Dałbym sobie rękę uciąć, że nie mówił tak tylko po to, żeby przekonać mnie, że nie oszalał. Może po prostu wiedział, że to nie zadziała bo w głębi serca wiedziałem, że tak naprawdę jest oszalały. Chociaż, może nie do aż takiego stopnia.

– Śmierci ogólnie, czy naszych ludzi?

Spojrzał na mnie tak, jakbym zapytał go, czy usunięcie serca zabije człowieka.

– Naszych, oczywiście. Życie członków Valkyrii obchodzi mnie tyle, co życie fok w wodach zatok przy Alasce… chociaż, nie. Obchodzi mnie mniej. Foki to dobre stworzenia, nie zasługują na przedwczesną śmierć.

Powiedział to w tak poważny sposób, że poczułem mdłości.

– Nie możemy tego przerwać – dodał.

– Wiem.

– Więc czego ode mnie oczekujesz?

– Równej walki. W miarę możliwości.

Jiyong westchnął. Po raz kolejny rozejrzał się, ale tym razem naprawdę patrzył. Naprawdę rozważał i obserwował.

– Chyba… jestem skłonny przyznać ci rację.

Odetchnąłem z ulgą. Doskonale. Nie stracił jeszcze rozsądku, wciąż potrafił logicznie myśleć. Na tym mi właśnie zależało, taką miałem nadzieję. Dotknąłem jego ramienia, a on pochylił się w moją stronę, odrobinę się rozluźniając.

– Jestem przy tobie – powiedziałem.

Uśmiechnął się. Ledwie, ale jednak. Wydawało mi się nawet, że ten uśmiech sięgnął jego oczu.

– Wiem – odparł.

Może tyle wystarczyło? Może wybrałem odpowiedni moment na interwencję? Oby tak było.

Patrzyłem na Skazy, w głębi ducha odczuwając prawdziwy, szczery podziw. Walczyły tak, jakby taki był cel ich życia od momentu narodzin. Wprawdzie ich strategia nie była doskonała, nie dorównywała tej wojskowej, ale nie miało to znaczenia bo wspaniale sobie radzili. Nie potrzebowali skupiać się na konkretnych punktach, szukać dziur w taktyce wroga, ani nic w tym rodzaju. Szło im dobrze, bo mieli o co walczyć. Mieli cel, któremu byli oddani. To nie była ich praca, to było ich życie.

Mógłbym im pomóc i przyspieszyć walkę, powiedzieć im gdzie uderzyć, ale nie sądziłem, żebym był im potrzebny. Trzymałem się swojej pozycji i misji, którą sobie obrałem. Broń miałem uniesioną, w gotowości, w każdej chwili w stanie strzelić, gdyby tylko była taka potrzeba. Mógłbym zrobić to już w tej chwili, pomagać im, ale nie chciałem marnować kul. Nie miałem pojęcia, ile może mi się przydać. Poza tym, tylko ryzykowałbym tym, że zwrócę uwagę strażników i żołnierzy na Jiyonga – a tego nie chciałem.

Chaerin stała niebezpiecznie blisko linii „frontu”, ale pilnowała się, żeby jej nie przekroczyć. Używała mocy na paru strażnikach, którzy wyglądali na przerażonych. Wiedziałem, że to jej robota, bo rozpoznawałem ten typ strachu. Byli świadkami spełniania się ich najgorszych koszmarów. Przeszedłem przez to samo.

– Idzie im bardzo dobrze – powiedziałem. Jiyong skinął głową. Przysunął się jeszcze bliżej mnie. Na jego czole pojawiły się małe krople potu. Męczył się, i to bardzo.

Nic dziwnego.

– Powinniśmy się wycofać – rzekłem. Spojrzał na mnie pytająco.

– Przecież powiedziałeś przed chwilą, że dobrze nam idzie.

Pokręciłem głową.

– Mówię o naszej dwójce. Powinieneś na chwilę opuścić… to coś. Tarczę?

Jiyong prychnął. – W życiu. Stracimy zbyt wielu ludzi.

– Jesteś wyczerpany.

– Dam radę.

– Ale…

– Dam radę, Seunghyun. Nie mogę ich zostawić. Nie teraz.

Westchnąłem ale dałem mu spokój. I tak był zbyt uparty, żeby się z nim kłócić. Mi zależało bardziej na jego zdrowiu niż honorze, ale jemu zależało bardziej na Skazach niż na czymkolwiek innym. Musiałem to uszanować, czy tego chciałem, czy nie. Jeśli to było dla niego najważniejsze, niech tak będzie. Póki byłem w stanie go osłaniać, byłem też w stanie zaakceptować to, że tu zostaniemy.

Tak więc stałem przykuty do swojego miejsca, celując w żołnierzy, którzy mogliby nas zauważyć i zdecydować się usunąć Jiyonga, jako głównego dowódcę. Mimo że nie wydawał rozkazów, to jego obecność była odpowiedzialna za morale wszystkich Skaz, więc na pewno chcieliby go wyeliminować. Nie miałem zamiaru im na to pozwolić.

Nagle Jiyong drgnął gwałtownie; poczułem jak jego ramię odrywa się od mojego, na którym się podpierał. Zerknąłem na niego, spodziewając się, że zobaczył jak kolejna osoba po naszej stronie pada. Ale on znowu miał pustkę na twarzy, a jego wzrok skupiony był na naszych przeciwnikach. Podążyłem za nim i zobaczyłem mężczyznę średniego wzrostu, w czarnym mundurze oddziału specjalnego. Trzymał w rękach karabin i rozglądał się na boki, wyraźnie zagubiony, jakby nie miał pojęcia gdzie go potrzebowali. Mimo, że był skonfundowany, miał w sobie resztki pewności siebie. Nie miałem pojęcia czy udawał, czy po prostu nie obchodziło go, że panuje tutaj taki chaos. Najpewniej to drugie, znając ten typ żołnierzy.

– Co jest? – zapytałem Jiyonga.

Powrócił do ignorowania mnie. Jego spojrzenie wciąż było skupione na mężczyźnie. Cały zesztywniał, znowu, i wyglądał tak, jakby miał zaraz rzucić się przed siebie. Nie podobało mi się to.

Z powrotem zerknąłem na żołnierza. Nie było w nim nic odstającego od normy. Kompletnie nic.

Długą chwilę zastanawiałem się nad tym, o co mogło chodzić Jiyongowi. Kiedy do mnie dotarło, było już za późno. Pole ochronne, czy jakkolwiek mogłoby się to nazywać, zaczęło powoli opadać. Przez krótki moment myślałem, że być może Jiyong postanowił mnie posłuchać i się wycofać, ale wtedy to zobaczyłem.

W tym samym czasie, kiedy dotarło do mnie, że to musiał być żołnierz który zabił Youngbae, wschodzące słońce, które nam do tej pory towarzyszyło, zmieniło kolor swoich promieni. A przynajmniej tak pomyślałem w pierwszej chwili, kiedy wszystko wokół przybrało czerwony odcień. Potem spojrzałem w górę, na niebo, i zobaczyłem, że naszą gwiazdę przesłaniają chmury.

Chmury w kolorze szkarłatu.

O nie. Byłem głupi. Wcale nie udało mi się tego powstrzymać. To nie był ten moment…

– Jiyong. – Dotknąłem jego ramienia.

Odepchnął mnie.

Poczułem jak wszystko co zjadłem w ciągu całego swojego życia jakimś cudem znalazło się z powrotem w moim przełyku. Zarówno żołądek, jak i przełyk, zaczęły mnie boleć. Pokręciłem głową i złapałem Jiyonga za rękaw kurtki.
– Przestań. Nie wiesz, co robisz.

Roześmiał się, jakbym powiedział coś niesłychanie absurdalnego. Rozłożył ramiona. W panice odszukałem wzrokiem Chaerin i Kiko, ale one jeszcze nie wiedziały, co się dzieje. W zasadzie sam nie wiedziałem, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że stanie się coś złego.

Przeznaczenia nie oszukasz.

Nieprawda.

– Jiyong… – zacząłem znowu.

Ale potem poczułem coś w rodzaju uderzenia. Jakby ktoś popchnął na mnie szybę. Zatoczyłem się do tyłu, prawie upadając. Teraz znajdowałem się na tyle daleko od Jiyonga, by nie być w stanie go dotknąć. On to zrobił. Odepchnął mnie, po raz kolejny. Zaczynało się. Szalał. Oszalał. Nie. Może jeszcze nie wszystko było stracone. Próbowałem się do niego dostać, ale coś mnie powstrzymywało. Niewidzialna ściana, jakaś siła odpychała mnie i odpychała, nie pozwalając mi zbliżyć się do niego. Zacząłem wołać jego imię, ale na daremno. Nie słuchał mnie; jego ramiona były rozłożone tak szeroko, jak tylko się dało, a twarz skierowana ku niebu. Większość ludzi zauważyła już, że coś jest nie tak. Część Skaz i żołnierzy patrzyła w górę, na czerwone chmury. Przesłaniali dłońmi oczy, by nie raziły ich resztki promieni słonecznych, ale nie było takiej potrzeby. Szkarłat szybko rozprzestrzeniał się po niebie.

– Chaerin! – zawołałem.

Ona mnie nie zignorowała. Spojrzała najpierw na mnie, potem w górę, a w końcu na Jiyonga. Szybko zerknęła w stronę tarczy, która opadała, po czym zaczęła biec w naszą stronę.

Ale to nie miało już znaczenia, bo zaczął padać śnieg.

Tak jak w mojej wizji, miał kolor krwi. Albo dżemu wiśniowego. Pomieszanie tych dwóch skojarzeń sprawiło, że przeszły mnie ciarki. Obserwowałem, jak wiśniowo-krwiste płatki śniegu spadają z nieba. Słyszałem szepty i pomruki; walka powoli cichła. Inni też wiedzieli, że coś jest nie tak. Że coś jest bardzo nie w porządku. Nie powinienem się temu dziwić, to było dość oczywiste.

– Jiyong! – zawołałem raz jeszcze.

Jeden z płatków spadł na moją dłoń i zaczął topnieć jak normalny śnieg.

Popatrzyłem przed siebie.

Szkarłat rozprzestrzeniał się po niebie i sięgał tak daleko, jak tylko mój wzrok. Te chmury, zupełnie jak tamte które pojawiły się na niebie, gdy byłem dzieckiem… nie, tamto nie było chmurami. Tamte kształty były czymś innym, czymś „boskim”. To było coś innego, ale równie odległego. Dotarło do mnie, że Jiyong nie sprawił iż padało tylko nad nami. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że te chmury rozprzestrzeniły się nad całym miastem. Krajem, nawet.

Światem.

Usłyszałem krzyk. Spojrzałem w tamtą stronę. Jeden z żołnierzy trzymał się za rękę. Nie miał na sobie rękawiczek… i teraz jego skóra pokryła się czerwienią, z topniejącego śniegu i… zupełnie jak w mojej wizji, na jego ciele pojawiły się pęcherze i poparzenia. Jiyong ich krzywdził.

Jiyong ich okaleczał.

Jakimś cudem skupił się na tym zadaniu na tyle, że zniknęła siła, która trzymała mnie od niego z daleka. Mimo że wiedziałem, co się stanie, spróbowałem go objąć. Odepchnął mnie, tak jak odepchnął Chaerin. Zawołałem go, krzyczałem jego imię, ale mnie ignorował. Pewnie nawet mnie nie słyszał. Zaciskał dłonie w pięści i wciąż patrzył w górę. Na niebo, na swoje dzieło.

To nie było w porządku. Nie tak powinno się to potoczyć. Walka miała być równa. Poza tym, jeśli było tak, jak myślałem, czyli nie tylko tutaj padało… ilu niewinnych ludzi zostało właśnie rannych bez powodu? Tylko dlatego, że Jiyong był wściekły… cholera. Nawet nie wiedziałem, czy to prawidłowe określenie. Na jego twarzy nie widziałem żadnej oznaki gniewu, tylko… pustkę. Wciąż znajdowała się na niej maska. Bez emocji. Bez poczucia winy. Bez złości. Bez bólu.

– Jiyong, przestań! – krzyknąłem. Jego szczęka lekko drgnęła. Cóż, przynajmniej wiedziałem, że mnie słyszał, nawet jeśli nie chciał słuchać. Bronie padały na ziemię. Skazy stały w miejscu, z zafascynowaniem wymalowanym na twarzach. Śnieg dotykał ich skórę, ale nic się nie działo. Za to wszyscy ludzie, którzy znajdowali się przed budynkiem więzienia, krzyczeli. Prawie wszyscy. Niektórzy zaciskali zęby i próbowali zasłaniać odsłonięte części ciała. Na szczęście większość z nich była dokładnie zakryta ze względu na temperaturę.

Na nieszczęście, śnieg wydawał się przepalać przez materiał.

Wszystko potoczyło się identycznie jak w mojej wizji. Mimo że wiedziałem, jak to się skończy, próbowałem objąć Jiyonga, powstrzymać go w ten sposób, ale tak jak się spodziewałem, nie zadziałało. Zdawałem sobie sprawę, że tak będzie. Nie było go już pośród nas; tkwił w swoim świecie, świecie w którym stworzył ten śnieg, tę broń, świecie, który teraz przeplatał z naszym, aby zesłać go na ludzkość. Nie miałem pojęcia jakim cudem mu się to udało, przecież był tak zmęczony, niemniej jednak dał radę.

Doskonale wiedziałem, że doprowadził do tego żal. Tylko to uczucie było na tyle potężne, by tchnąć w Jiyonga wystarczająco siły i motywacji, by stworzyć coś takiego. Żal był cięższy od złości albo smutku, mógłbym zaryzykować stwierdzeniem, że był najgorszą, najobrzydliwszą z emocji. O wiele potężniejszą niż jakakolwiek inna, czy negatywna, czy też pozytywna. Wiedziałem to z doświadczenia oraz będąc świadkiem tego, jak wielu ludzi, których znałem, zniszczył. Znałem żałobę, powitałem śmierć już dawno temu i nie była mi obca. Mogłem powiedzieć, że do niej przywykłem.

Wciąż pamiętałem, jak sam zareagowałem na śmierć mojej siostry. Cały mój świat odwrócił się do góry nogami i byłem w stanie podjąć kroki, by całkowicie zmienić swoje spojrzenie na wszystko. To żal popchnął mnie do tego, by naprawdę zmienić strony i wyrzec się Valkyrii.

To nie było błędem. Do tej pory tak sądziłem. Ale to, co robił Jiyong… ktoś miał tego pożałować. Najpewniej on. Wiedziałem, że nie jest tak twardy i bezduszny, na jakiego próbował się kreować. W głębi duszy był równie kruchy co suchy, jesienny liść. Nie chciałem, by ktoś na niego nadepnął i zniszczył go, tylko dlatego, że znalazł się tam, gdzie nie trzeba, w nieodpowiednim miejscu.

Ale nie mogłem nic zrobić. Odpychał mnie, odpychał wszystkich. Nie słuchał mnie, mimo że krzyczałem do niego, na niego. Mimo że nawet Skazy, które chwilę temu były w stanie oddać życie walcząc, teraz patrzyły na niego z przerażeniem.

– Boją się ciebie! – krzyknąłem, chyba po raz siódmy.

Do głowy przyszła mi bardzo egoistyczna myśl. Czy zachowywałby się w ten sam sposób, gdybym to ja zginął? Próbowałem się z niej otrząsnąć, wyrzucić ją spoza zasięgu własnego umysłu, ale utknęła tam, wydawałoby się, na dobre. Nie miała większego znaczenia, nie licząc tego, że podsunęła mi inną myśl.

– Myślisz, że Youngbae by tego chciał?

Wciąż mnie nie słyszał, ale przynajmniej sądziłem, że obrałem odpowiednią „ścieżkę”. Wiedziałem, że gdyby mnie to spotkało, nie chciałbym, żeby ludzie cierpieli przeze mnie. Znałem też Youngbae, a przynajmniej na tyle by być pewnym, że on też by tego nie chciał. Tak, na pewno by tego nie chciał, szczególnie zważając na jego moc.

Ciekawe, czy czułby teraz ból naszych przeciwników, tak jak czuł emocje innych. Ciekawe, czy jego też by to bolało.

– Spójrz na siebie! – krzyknąłem.

Chaerin stała tuż obok. Patrzyła na mnie. Przerażenie sprawiało, że jej oczy wydawały się ciemniejsze.

– Naprawdę chcesz, żeby tak cię pamiętali? – kontynuowałem. – Żeby tak pamiętali ten dzień? Chcesz im pokazać, że tak łatwo cię sprowokować?

Śnieg pokrywał ziemię. Słyszałem jak dowódcy dwóch plutonów, które wysłano tutaj jako wsparcie ze strony Valkyrii, krzyczą do swoich żołnierzy by podnieśli broń i walczyli dalej. Część z nich to zrobiła, ale wahali się. Co chwilę drgali, kiedy płatki śniegu stykały się z ich skórą. Znaczna większość była zbyt zaaferowana tym, co się działa, by słuchać swoich dowódców. Ja nigdy nie popełniłbym takiego błędu – rozkaz był rozkazem. Chociaż, może nie byłem najlepszym przykładem posłuszeństwa, zważając na to, że z łatwością przyszło mi odejście od Valkyrii.

Nie rozumiałem ich. Ból nie powinien przeszkadzać im w walce. Widziałem żołnierzy, którzy stracili kończynę, ale póki byli w stanie unieść broń, walczyli.

Spojrzałem na swoje ramię, pokryte czerwonym puchem. Dotknąłem go, ostrożnie i z uwagą, mimo że wiedziałem już, że nie było szans, żebym się zranił. Jiyong musiał dobrze to przemyśleć. Nie wiem jak „zaprogramował” śnieg, żeby ranił tylko ludzi, a nie Skazy, ale mu się udało.

Któryś z żołnierzy zaczął strzelać, ale jakaś Skaza z łatwością go powstrzymała. Rozejrzałem się, zatrzymując swój wzrok na twarzach przeciwników. Prawie wszystkie były już zakryte, ale i tak widziałem ich oczy. A kiedy te znajdowały się za specjalnymi, ciemnymi okularami, tak charakterystycznymi dla stroju oddziałów specjalnych, widziałem ruchy ich ciała. A język ciała mógł powiedzieć bardzo dużo, nawet jeśli ktoś próbował powstrzymać się przed zdradzeniem swoich emocji.

W tym śniegu było coś jeszcze. Musiało być. Jego ofiary nie zachowywały się tak, jakby przynosił tylko ból fizyczny. Tym bardziej, że tak jak wspominałem, powinni być na niego odporni na tyle, by wciąż walczyć. Musiał przynosić coś jeszcze, coś na tyle okropnego, by powstrzymywać żołnierzy z latami doświadczenia i na pewno po takich przejściach, że zwykłe poparzenia nie powinny sprawiać im żadnego problemu. Coś było nie tak. Coś odbiegało od normy.

Chaerin też to zauważyła.

– On… – zaczęła, po czym urwała.

Skinąłem głową.

– Wiem.

Nie, nie wiedziałem. Ale zrozumiała o co mi chodzi, bo ona także nie miała pojęcia co się dzieje.

– Jiyong! – krzyknąłem znowu. – Cokolwiek robisz, przestań! To nie tak powinno wyglądać!

Tym razem zdecydował się mnie usłyszeć. Odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie tak, jakby obwiniał mnie za wszystko, co się stało i co działo się w tej chwili. Ciężar jego wzroku sprawił, że cofnąłem się o krok.

Z jego nosa płynęła strużka krwi.

– Nic nie wiesz – powiedział. – Kompletnie nic.

Jego głos był niższy niż zwykle. Nie wiedziałem, co do tego doprowadziło. Jak miałem zinterpretować jego zachowanie, poza tym do czego już doszedłem?

– Naprawdę sądzisz, że tak wszystko rozwiążesz? – zapytałem.

– Innego wyjścia nie ma. Jeśli tego nie widzisz, jesteś ślepy.

Naprawdę w to wierzył. Jakimś cudem wmówił sobie, że to odpowiedni sposób, żeby osiągnąć nasz cel.

– Złość jedynie tworzy więcej złości.

Parsknął, po czym pokręcił głową. Opuścił ręce, ale śnieg dalej sączył się z chmur.

Był blady. Jeszcze bardziej niż kiedy opadał z sił wewnątrz więzienia. Mimo, że wyglądał na fizycznie osłabionego, stał wyprostowany, pewnie i z dumą. Tylko on mógł tak wyglądać. Prezentować się jak prawdziwy przywódca, mimo krwi na twarzy, wychudzenia i skóry w kolorze kości. Nawet gdyby nie czerwony śnieg, i tak wyglądałby na groźnego. Na człowieka, który jest w stanie poświęcić wszystko i wszystkich, byleby tylko wygrać. Który jest w stanie zabić. Myślenie o śmierci musiało zadziałać jak wabik, bo zauważyłem, że jeden z żołnierzy, który trzymał się wyjątkowo dobrze, uniósł broń. Zobaczyłem do kogo celuje i zrobiłem to samo, ale Jiyong też go dostrzegł i uprzedził mnie.

Odezwał się głośno i wyraźnie.

– Jeśli umrę – pokazał palcem na niebo – nikt nie będzie w stanie tego cofnąć. Nie chcecie tego.

Spojrzałem na niego, uprzednio upewniając się, że żołnierz opuścił broń.

– To nieprawda – szepnąłem. – Gdyby tak było, nie marnowałbyś na to energii. Co definitywnie robisz.

Mimo że był odwrócony do mnie plecami, wiedziałem że Jiyong się uśmiecha. Po prostu to czułem.

– Oni tego nie wiedzą. Nie zaryzykują.

Miał rację. Na pewno nie podjęliby takiego ryzyka, nie tylko dlatego, że musieliby to uzgodnić z kimś z góry, ale dlatego, że wciąż czuli na sobie śnieg. Wiedzieli co ze sobą przyniósł, więc bali się konsekwencji, jakie nastąpiłyby, gdyby został na dłużej.

– Kiedy na to wpadłeś? – zapytałem.

– Przed chwilą.

Mięśnie jego ramion znów zesztywniały i wiedziałem, że to koniec rozmowy. Ponownie się skupiał.

Rozejrzałem się. Było cicho, bardzo cicho. Mało kto miał ochotę rozmawiać, nawet jeśli było o czym. Skazy stały tak, jak podczas walki, ale teraz nieruchomo. Nikt nie używał mocy, bo nie było po co. Strażnicy i żołnierze wpatrywali się w nas. Wielu z nich szukało skutecznego schronienia przed śniegiem, albo już je znalazło. Samochody, którymi przyjechało wsparcie, były wypełnione po brzegi, mimo że nie działały. Stanowiły dobrą osłonę przed żywiołem.

Chaerin zbliżyła się do mnie. Wyglądała na zaniepokojoną.

– Wydaje mi się, że nie czują tylko bólu fizycznego… nie zachowywaliby się w ten sposób, gdyby tak było. Sądzę, że w jakiś sposób udaje mu się też przekazać ból psychiczny.

Wbiłem w nią wzrok.

– Brałem to pod uwagę, ale czy to w ogóle możliwe? Wiem, że Jiyong potrafi wiele, ale opiera to na nauce.

Wzruszyła ramionami.

– Uczucia to tylko zmiany chemiczne. Też nie wiem, jak byłby w stanie to zrobić, ale to byłoby kompletnie w jego stylu, nie sądzisz?

Musiałem się z nią zgodzić. Jiyong byłby w stanie posunąć się na tyle daleko i znaleźć sposób, żeby wprowadzić coś takiego w życie. Nieważne jak to zrobił; ważne, że zrobił. Cała ta sytuacja jeszcze mniej mi się podobała. Liczyło się to, że uwierzyli w jego słowa. Uwierzyli, że jeśli zginie, nikt nie zdoła cofnąć tej plagi, którą na nich zesłał. Przynajmniej dzięki temu mogłem być pewien, że nikt nie spróbuje go zabić. Zbyt wiele by ryzykowali, wszyscy, nie tylko żołnierze. Nie skazaliby niewinnych ludzi na więcej cierpień, niż było to absolutnie konieczne. Kiedy przyszło mi to do głowy, Jiyong znowu odwrócił się w moją stronę.

Nie podobał mi się wyraz jego twarzy. Wyglądał jak ktoś, kto właśnie wpadł na doskonały pomysł… i nie wątpiłem, że tak było, ale czułem też, że mi się nie spodoba. Znałem go tak dobrze, że potrafiłem już to wyczuć. Chciał zrobić coś szalonego, postawić wszystko na jedną kartę, wiedziałem to.

Miał szaleństwo w oczach. Tylko tak potrafiłem to określić.

Podszedł do mnie, stając odwrócony plecami do naszych wrogów. Musiał naprawdę wierzyć w to, że udało mu się ich przekonać. Niby wiedziałem, że tak właśnie było, ale z drugiej strony sam bym tak nie zaryzykował. Nigdy nie powinno się odwracać plecami do przeciwnika, nawet jeśli wydawałoby się, że jest obezwładniony. Nigdy.

– Co robisz? – zapytałem.

Uśmiechnął się. W kąciku jego ust zebrało się trochę krwi, która wyciekła mu z nosa. Ogólnie było jej całkiem sporo. Trochę mnie to martwiło, ale nie sądziłem, żeby nie potrafił przerwać, gdy będzie musiał. A przynajmniej to sobie wmawiałem, żeby pozostało mi trochę nadziei. Musiałem założyć, że w jego głowie rozbrzmiewały jeszcze echem resztki rozsądku, nawet jeśli były ich śladowe ilości.

– Ufasz mi?

Zadał mi to pytanie już po raz setny od czasu rozpoczęcia naszej znajomości, a ja zawsze miałem taką samą odpowiedź. Nie ważne co się pomiędzy nami działo, czy co działo się „na zewnątrz”, odpowiedź pozostawała identyczna w każdych okolicznościach.

– Tak.

Skinął głową. Jego twarz w końcu pokazywała konkretne emocje. Zadowolenie. Nie wiedziałem, czy to dobrze, czy raczej powinienem bać się tego, co sugerowało.

– To dobrze – powiedział. Zbliżył się do mnie. I to bardzo. W pierwszej chwili myślałem, że zamierza mnie objąć, ale potem dostrzegłem ruch jego ramienia i ręki. Szarpnął za coś przy moim pasku. Stałem nieruchomo.

Kiedy się odsunął, w jego dłoni błysnęło ostrze noża.

Nie byłem w stanie się poruszyć. Znów chciał mnie pociąć? Ale po co, czemu? Nie miał jak przeprowadzać badań ani też powodu, żeby wykonać eksperyment czy coś w tym rodzaju. W głębi ducha wiedziałem, że nie o to w tym chodziło, że nie do tego był potrzebny mu nóż, ale jakimś cudem to była najbezpieczniejsza z opcji, więc chciałem, żeby taki był jego powód.

Wiedziałem, że pomysł, na który wpadł, mi się nie spodoba.

Odwrócił się z powrotem w stronę naszych przeciwników. Postawił parę kroków w ich kierunku. Patrzyłem na nóż w jego dłoni; ściskał go tak mocno, że byłem pewien, że gdyby nie miał na sobie rękawiczek, widziałbym zbielałe knykcie. Nie podobało mi się to. To, z jaką siłą zaciskał na nim palce oraz to, że w pobliżu nie było nikogo, kogo mógłby nim zaatakować. Broń, która niosła śmierć, w takim momencie, w jego ręce… nie, to nie mogło oznaczać nic dobrego.

Pozwól mu.

Drgnąłem, wbrew sobie. Chaerin na mnie spojrzała, unosząc przy tym lewą brew. Pokazałem palcem na swoją skroń. Skinęła głową.

Pozwól na co?

Wszystko idzie tak, jak powinno.

To mnie nie pociesza.

Koniec jest blisko.

To jest jeszcze gorsze.

Jiyong stanął w takim miejscu, że pewne było iż chce, żeby wszystkie pary oczu były zwrócone w jego stronę. Stał wyprostowany, pewny siebie, znowu, pomimo stanu, w jakim się znajdował. Wiedziałem, że wkłada w to ostatki sił. Cokolwiek planował, faktycznie musiało to wiele znaczyć, skoro tak się poświęcał, żeby wyglądać na zdeterminowanego.

Widziałem podziw w oczach otaczających go Skaz.

A potem uniósł nóż i przyłożył go sobie do gardła.

Rzuciłem się do przodu, żeby go powstrzymać, ale Chaerin złapała mnie za ramię.

– Zostaw mnie – syknąłem.

Pokręciła głową, trzymając mnie w miejscu. Miała zaskakująco dużo siły.

A może to ja miałem jej mało.

– Nie widzisz, co robi? – zapytała.

Spojrzałem na Jiyonga. Nie, nie widziałem, co robił. Jedyne co zauważyłem to ostrze noża niebezpiecznie blisko jego tętnicy. Chciałem rzucić się na niego, wyrwać nóż z jego dłoni i powalić go na ziemię. Powiedzieć mu, że ma natychmiast przerwać to, co robił. Powiedzieć mu, że czas już się stąd wynieść. Powinien skupić się na tym, żeby nas jakoś stąd wydostać. To się liczyło, nie jego pomysły na zemstę albo szalone plany.

Ale chyba w głębi ducha wiedziałem, że powinienem zrobić to, co mu obiecałem. Powinienem mu zaufać. Jeśli zarówno głos, jak i Chaerin sądzili, że robi coś odpowiedniego, musiałem zaufać też im. Nawet jeśli nie chciałem.

Jiyong uniósł głowę. Wysoko. Wyglądał jak cesarz, albo król, albo imperator. Wyglądał jak ktoś, kto jest w stanie jednym słowem zrównać z ziemią całe mocarstwa i sądziłem, że w tej właśnie chwili, był taką osobą. Ile siły było potrzebne, żeby zesłać na świat ten śnieg? Nawet jeśli tracił energię, nie szła na marne; istniała wszędzie wkoło, przedzierając się przez materiał i skórę, coś, co ludzie uważali za ochronę prawie nie do przebicia, a przynajmniej w codziennym życiu.

Niszczył, świetnie mu to szło i zdawał sobie z tego sprawę.

– Jeśli umrę, nie powstrzymacie tego – powiedział głośno. – Nikt tego nie cofnie. Te chmury będą wszystkim, co zobaczycie, gdy będziecie patrzyć w niebo. Ten śnieg, wszędzie wokół was. Będziecie cierpieć i cierpieć, do końca świata. Może nawet dłużej. Będziecie gnić pod nim przez wieki, aż ostatnie z was przyłoży sobie pistolet do głowy i skończy ze sobą. Nie chcecie tego. Ja też tego nie chcę. Jestem gotowy na zawieszenie broni, jeśli zgodzicie się na moje warunki. Chcę rozmawiać z najwyżej możliwie postawionymi przedstawicielami rządu, najlepiej międzynarodowego. Chcę możliwości negocjacji wiążących warunków, które przywrócą nam podstawowe prawa. Jeśli nie spełnicie tych wymogów w ciągu godziny, poderżnę sobie gardło. Jeśli spróbujecie mnie obezwładnić, śnieg zacznie zabijać. Godzina. Macie godzinę.

Wstrzymałem oddech. Tak jak zapewne wszyscy, którzy usłyszeli jego słowa. Duża część kraju, zakładając, że naprawdę widziałem ukryte pomiędzy drzewami kamerę i reporterkę. Nie miałem pojęcia skąd wzięli informację o tym, co się działo, ale sądziłem, że jeżeli nadawali na żywo, mogliśmy zyskać poparcie społeczeństwa, co było bardzo istotne. W końcu mieliśmy demokrację, prawda? Więc nacisk ludzi mógł pomóc naszej sprawie, a wiedzieliśmy już przecież, że masy zaczynały się buntować i chciały zakończenia konfliktu.

A Jiyong robił wrażenie. Wyglądał na osobę, która wie, o czym mówi, po przeżyciach. Kogoś, z kim można łatwo sympatyzować. Miałem nadzieję, że to wystarczy.

Mój wzrok był utkwiony w nożu, który przyciskał do gardła. Oby jego plan się powiódł. Nie chciałem, żeby musiał wypełnić swoją groźbę.

A wiedziałem, że był w stanie to zrobić.

~

Ledwie trzymał się na prostych nogach.

Minęły trzy kwadranse i chociaż po przeciwnej stronie panował istny chaos, żadne z nas nie wiedziało, czy rząd zamierza się ugiąć. Bałem się, że potraktują to jako swoją przegraną i będą uparci na tyle, żeby zaryzykować. Jeśli nie chcieli wyglądać na słabych, mogło tak się stać.

Wszyscy, nie licząc Jiyonga, wyglądali na poddenerwowanych i zmęczonych. Zauważyłem, że parę osób zniknęło, ale nie miałem pojęcia, czy skryli się przed mrozem wewnątrz budynku, czy wynieśli się stąd na dobre. Szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie to, dopóki reszta wciąż z nami stała. Masa Skaz, ubranych w więzienne, ocieplane kombinezony, prezentowała się dobrze. Silnie. Teraz już byłem pewien, że pojawiliśmy się w wiadomościach; jakieś dziesięć minut wcześniej nad naszymi głowami przeleciał helikopter z logo jednej ze stacji informacyjnych.

Żołnierze wydawali się mieć kompletnie dość. Niewielu z nich wciąż stało w pozycjach bojowych, gotowi strzelać albo rzucić się do przodu, ale widać było, że nawet ich przywódcy się poddali. Dostrzegłem wcześniej, że zrobili kilka gestów, które zinterpretowałem jako zawieszenie broni. Musieli tutaj być, pilnować nas w razie gdybyśmy chcieli uciekać, ale wyraźnie mieli rozkaz z góry, żeby nie atakować. Szczerze mówiąc, trochę żałowałem, że nie próbowali. Gdyby walka znowu się zaczęła, świat mógłby zobaczyć jak silni jesteśmy, kiedy współpracujemy.

Z drugiej strony, chyba czuli to na skórze. I to dosłownie.

Zbliżyłem się do Jiyonga. Nie za bardzo, żeby nie zaburzyć jego… aury. Chciałem po prostu, żeby mnie słyszał. Już zbyt długo stałem z dala od niego. Moje ciało wydawało się za nim tęsknić. Czułem z jego strony jakieś dziwne przyciąganie, jakbym był satelitą, obracającym się wokół niego i nie był w stanie istnieć zbyt daleko.

Może tak działała miłość.

– Hej – rzuciłem. – Jak się czujesz?

Zwrócił głowę w moją stronę, ale tylko nieznacznie; wciąż patrzył przed siebie. Jego ręka wydawała się lekko uginać. Nic dziwnego, ile mógł utrzymać ją w tej samej pozycji?

– Niezbyt dobrze – odpowiedział.

Cóż, przynajmniej był szczery. Mój stres, który czułem w żołądku od jakiegoś już czasu, tylko się pogłębił. Chyba miałem wyjść z tej sytuacji z bardzo głęboką traumą.

Nie chodziło o to, co ogólnie się działo. Byłem już przyzwyczajony do walki, nawet jeśli normalnie stałem po drugiej stronie i znajdowałem się pod czyimś bezpośrednim rozkazem. Chodziło o to, że obawiałem się, co może być konsekwencją groźby Jiyonga.

Chciałbym wierzyć w to, że by tego nie zrobił. Nie zabiłby się, po prostu wymyśliłby coś, żeby udać, że tak się stało. Ale wiedziałem, że jest na tyle szalony, żeby uznać swoją śmierć za ostateczne poświęcenie, którego musi dokonać. Nic, nic tutaj nie było proste. Nie z nim, nie w takiej sytuacji. Modliłem się, żeby do tego nie doszło. Żeby wysłali kogoś do negocjacji, coś zrobili. Narazie się na to nie zanosiło, ale mieliśmy jeszcze trochę czasu. Mój zegarek mówił mi, że zostało nam dwanaście minut.

To mnie nie pocieszało, ale w polityce dwanaście minut znaczyło wiele. Poza tym, musieli tutaj dotrzeć… tak? Wmawiałem sobie, że to wszystko zależy od technicznej strony akcji. Cholera, dlaczego Jiyong nie mógł dać im więcej czasu? Wiedziałem, że zależało mu, żeby się spieszyli i byli zmuszeni do podjęcia drastycznej decyzji, ale sześćdziesiąt minut, wbrew pozorom, to było bardzo, bardzo mało. Szczególnie jeśli chodziło o coś tak istotnego.

– Nie zrobisz tego, prawda? – zapytałem naiwnie.

Wiedziałem, że Jiyong zrozumie, o co mi chodzi. Jego ramiona zesztywniały jeszcze bardziej. Zdziwiło mnie, że to w ogóle było możliwe.

– Będę musiał – odrzekł.

Poczułem, jak odpływa ze mnie cała energia, jaka mi pozostała. A nie było tego wiele. Zbierało mi się na płacz i nienawidziłem siebie za to.

– Nie możesz – powiedziałem. Moje gardło było zaciśnięte, jakby ktoś zaciskał na nim obcęgi. – Nie możesz nas z tym zostawić.

Milczał ale wzdrygnął się, więc wiedziałem, że moje słowa na niego wpłynęły, mimo, że stał odwrócony do mnie plecami i nie widziałem jego twarzy.

– Nie możesz mnie zostawić – dodałem.

Może i byłem egoistą, mówiąc coś takiego, ale nie potrafiłem się powstrzymać… mimo, że powinienem. Na pewno nie było mu lekko, w końcu jeśli na poważnie rozważał samobójstwo, stał o krok od śmierci. Nie wyobrażałem sobie, jak może czuć się ktoś gotowy na tak poważny krok, jakim było odebranie sobie życia.

Ale to nie znaczyło, że ja nie cierpiałem. W końcu dopiero co odzyskałem Jiyonga. Nie chciałem go stracić, tym bardziej tak permanentnie. Nie mógł mnie opuścić, nie po tym wszystkim, przez co razem przeszliśmy. Nie, skoro wciąż mnie kochał. Jeśli byłem egoistą, bo nie chciałem, żeby umarł, trudno. On był nie mniejszym, nieważne jak wiele dobra mogłaby przynieść jego śmierć.

– Przepraszam – powiedział.

Tym razem to ja milczałem. Dziesięć minut. Przecież to była chwila.

Powoli traciłem nadzieję, ale dzięki temu, dzięki rodzącej się w moich trzewiach desperacji, przyszedł mi do głowy prosty plan. Kiedy minie już godzina, po prostu wyrwę Jiyongowi nóż z ręki, pomyślałem. To musiało wystarczyć. Wiedziałem, gdzie go uderzyć, żeby stracił przytomność. Co prawda wszystko bym zepsuł, bo śnieg przestałby padać, ale ocaliłbym mu życie. W tym momencie nie obchodziły mnie inne życia, wojna, dyskryminacja. Musiał przeżyć…

Jakby usłyszał moje myśli, przycisnął ostrze mocniej do skóry. Po jego szyi spłynęła malutka kropla krwi.

Zadrżałem.

Osiem minut.

Przypomniał mi się dzień, w którym mnie porwał. W którym nagle pojawił się w bazie Valkyrii i przyłożył mi nóż do gardła. Ludzie myśleli, że mnie krzywdził. On też tak myślał. A tak naprawdę mnie uratował.

W momencie, kiedy mój zegarek pokazał, że do upłynięcia godziny zostało zaledwie pięć minut, a moje nogi zaczęły drżeć, nad linią drzew pojawił się kolejny helikopter. W pierwszym momencie pomyślałem, że kolejna stacja telewizyjna zainteresowała się tym, co się dzieje. Ale potem zobaczyłem, że należy do wojska i do mojego serca ponownie zapukała nadzieja. Chwytając się tego jak ostatniej deski ratunku, otworzyłem jej drzwi. Wojsko nie miało żadnego powodu, żeby przysyłać dodatkowe wsparcie. To musieli być przedstawiciele rządu. Musieli.

Jiyong też go zauważył. Jego twarz zwróciła się w jego stronę. Co prawda po jego szyi popłynęły dwie kolejne krople krwi, ale już mnie to tak nie przerażało. Nagle czułem mnóstwo optymizmu. Może za dużo, może znów zachowywałem się naiwnie, ale niewiele więcej mi pozostało. Musiałem trzymać się tego, co mi zostało.

Jiyong odetchnął, a ja zaraz po nim.

Patrzyliśmy, jak helikopter ląduje. Ponaglałem go myślach, chociaż wiedziałem, że to nic nie da. Nie pozwoliłem sobie czuć się głupio z tego powodu. Miałem prawo być zestresowany. Miałem prawo się bać.

Jest lepiej, niż ci się wydaje. Uspokój się.

A więc wszystko sprowadzało się do tego momentu, hmm? Lata walki dziesiątek Skaz w tym kraju, setek, jeśli nie tysięcy, na świecie. Bycie wybranymi… jaką rolę w tym wszystkim odegrałem? Odgrywaliśmy?

Większą, niż ci się wydaje. Nic nie dzieje się bez przyczyny, nic nie jest przypadkiem. Wszystko zależy od przeznaczenia.

Chyba nie do końca w to wierzyłem, ale w porządku. Mogłem zaakceptować tę odpowiedź. Nie zamierzałem się kłócić z głosem, który w końcu tylekroć uratował mnie przed śmiercią albo co najmniej bardzo poważnymi obrażeniami. Nie, a szczególnie nie w tym momencie. Ten moment należał do czegoś zupełnie innego.

Zostały trzy minuty. Z helikoptera wysiadły dwie osoby. Kobieta i mężczyzna, biali, oboje ubrani w garnitury. Przez ramiona mieli przewieszone torby. Nie wyglądało na to, żeby znajdowała się w nich broń. Raczej sprzęt komputerowy i tego typu rzeczy. Na pewno przewidzieli, że Jiyong nie będzie chciał się stąd oddalić. Nie miałem pojęcia, jaką organizację mieli przedstawiać, ale wiedziałem, że to będzie wystarczyć. Musiało.

Jiyong odwrócił się do mnie. Na jego twarzy, niemal całkowicie pokrytej krwią, malował się szeroki uśmiech. Jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem, żeby uśmiechał się w ten sposób. Nie wyglądał na zadowolonego. Wyglądał na szczerze szczęśliwego.

– Udało się – powiedział tak cicho, żebym tylko ja go usłyszał. – Udało się, Seunghyun.
Nie wiedziałem, czy powinien tak się cieszyć, skoro jeszcze nie zamienił słowa z tymi ludźmi, ale to on się na tym znał. Podszedłem do niego, zakładając, że już będzie to w porządku. Wyciągnął w moją stronę ramiona.

Kiedy go objąłem, oboje zadrżeliśmy. Ja, bo cieszyłem się, że mogę go dotknąć i że, dzięki Bogu, uniknął śmierci. On, bo nie miał siły trzymać się na nogach. Pocałowałem go, nie przejmując się metalicznym posmakiem krwi w jego ustach. Czy już było po wszystkim?

– Czy to koniec? – zapytałem.

Dwójka negocjatorów, jak postanowiłem ich nazywać, była już blisko. Wyglądali na profesjonalistów.

Jiyong pokręcił głową, wzdychając. Cały ciężar ciała oparł o mnie. Płakał. Krwią.

– To dopiero początek – powiedział.

Nagle usłyszałem masę szeptów i parę okrzyków. Oboje oderwaliśmy się od siebie, zaskoczeni, chociaż Jiyong wciąż trzymał się mojego ramienia. Złapałem za broń, myśląc, że jednak postanowili nas wszystkich zabić.

Jednakże moja ręka szybko opadła, bo to, co zobaczyłem, nie miało nic wspólnego z przemocą.

Wszędzie wkoło, i to dosłownie wszędzie, przez śnieg przebijały się małe, zielone łodygi. Tak jak wtedy, gdy dotykaliśmy ziemi, rosły jakby ktoś wcisnął przycisk kilkukrotnego przyspieszenia. Wystawały ponad śnieg i pojawiały się nawet tam, gdzie spadł on na beton, jakby ich korzenie nie potrzebowały ziemi.

Małe, białe dzwoneczki, zwisające niczym głowy wiernych pochylone w modlitwie.

– Przebiśniegi – mruknąłem.

Nie byłem pewien czy wierzę w to, co widzę. Ale palce Jiyonga zacisnęły się na moim ramieniu jeszcze mocniej, a kiedy na niego spojrzałem, przypominając sobie, że to nie sen, tylko życie, pomyślałem, że nigdy wcześniej nie był tak piękny, jak w tym momencie. Negocjatorzy zatrzymali się kilka metrów od nas.

– To nie koniec – powiedział Jiyong, uśmiechając się do mnie – ale to bardzo dobry początek.

EPILOG

Jiyong postawił kropkę przy ostatnim zdaniu swojej pracy, ale to nie miało większego znaczenia. Westchnął, przeczesując swoje dzisiaj czarne włosy palcami. Nie podobało mu się zakończenie tego artykułu. Początek zresztą też. Musiał coś z tym zrobić, ale nie miał pojęcia jak to naprawić. Nie dzisiaj. Mógł zająć się tym jutro, jak już się wyśpi.

Przynajmniej politycznie wszystko szło po jego myśli. Naukowe aspekty mogły poczekać, w końcu nie były najważniejsze. Nie na ten moment.

Przeciągnął się na krześle, po czym zerknął na zegarek. Pierwsza w nocy. Nie zdawał sobie sprawy, że tyle siedział zwyczajnie pisząc i edytując. Na biurku, tuż obok laptopa, stała seria kubków po kawie i puszek po energetykach. Popielniczka była tak przepełniona niedopałkami papierosów, że zaczynała przypominać jeża; brązowe końcówki papierosów stały sztywno, niczym żołnierze.

Jiyong odsunął ją od siebie z obrzydzeniem. Naprawdę nie powinien palić w swoim gabinecie, ale nie miał ani czasu, ani ochoty za każdym razem podnosić się i wychodzić na taras, żeby zapalić. Tym bardziej, że spokojnie wypalał jakieś trzy papierosy na godzinę.

Wstał, zatrzaskując przy tym laptopa. Podszedł do okna i przez chwilę wyglądał na zewnątrz, obserwując małego rottweilera, który najwidoczniej znalazł bardzo interesującą gałąź, bo zamiast spać biegał z nią po ogrodzie. Jiyong uśmiechnął się na ten widok, a następnie spojrzał na niebo. Księżyc stał w pełni, do połowy zasłonięty przez korony kwitnących jabłoni. Gwiazd nie było widać, więc wkrótce zaciągnął zasłony.

Przez krótki moment rozważał, czy nie powinien umyć kubków zanim resztki kawy zaschną, ale szybko doszedł do wniosku, że wolałby tego nie robić i ryzykować obudzeniem Seunghyuna. W końcu zaczynał pracę bardzo wcześnie i potrzebował więcej snu niż Jiyong, który wychodził z domu może dwa, trzy razy w tygodniu.

Robił to, mimo że nie musiał. W sensie, pojawiać się w pracy koło ósmej rano. Wstawał po piątej, bo dojazd zajmował mu prawie godzinę. Jiyong ciągle powtarzał Seunghyunowi, że nic się nie stanie, jeśli zostanie w domu dodatkowe dwa dni w tygodniu. Nic się nie posypie, prawda? Ale Seunghyun, jak zwykle zresztą, był cholernie uparty. Traktował swoje nowe stanowisko głównego nadzorcy do spraw Skaz bardzo poważnie. Jiyongowi wydawało się, że próbuje odkupić wszystkie winy, które popełnił przed przybyciem do Dolce Vita. Cóż, to mu się w Seunghyunie bardzo podobało. Brał sprawę Skaz niemalże równie poważnie, co Jiyong. I do tego nie robił tego tylko dlatego, żeby wyglądać lepiej w jego oczach.

Jiyong wyszedł z gabinetu, gasząc za sobą światło. Rozejrzał się po korytarzu, zastanawiając się, czy nie powinien czegoś jeszcze zrobić. Mieszkanie samemu – to znaczy we dwójkę, poprawił się w myślach – było niesamowicie wygodne. Od trzech lat, co najmniej, dzielił dom z masą innych osób. Teraz miał dla siebie całe dwa piętra. Dla siebie, Seunghyuna i kota, to jest. Psom na szczęście było bardzo dobrze w ogrodzie.

Po stwierdzeniu, że spokojnie mógł pójść spać, Jiyong zgasił światło w reszcie domu. Podświetlając sobie drogę komórką, podszedł do drzwi łazienki. Stanął przed nią i przez chwilę rozmyślał, ale w końcu doszedł do wniosku, że prysznic mógł zaczekać do rana. I tak w zasadzie nic nie robił przez cały dzień… to znaczy, nic fizycznego. Siedzenie przed komputerem i stukanie w klawiaturę przez prawie jedenaście godzin z przerwami na pójście do toalety i opróżnienie pęcherza nie wiązało się z żadnym wysiłkiem.

No, może psychicznym, ale po tym, przez co przeszedł w ciągu ostatnich kilku lat, nie był w stanie narzekać na tego typu pracę.

Powoli otworzył drzwi do sypialni. Cicho rozebrał się do naga, już w kompletnych ciemnościach, po czym odłożył telefon na szafkę nocną. Znów się przeciągnął, tym razem nie potrafiąc powstrzymać się od ziewnięcia.

Seunghyun poruszył się pod kocem. Cholera. Czyżby go obudził? Normalnego człowieka coś tak cichego nie wyrwałoby ze snu, nie w jednej z głębszych faz, ale Seunghyun… to Seunghyun. Wciąż dręczyły go sny o tym, co się działo, zanim zapanował wstępny pokój. Poza tym, ten człowiek spał z jednym okiem otwartym…

– Skończyłeś? – mruknął. Jiyong westchnął i bez ceregieli wszedł pod koc. Teraz nie musiał już starać się zachowywać cicho i delikatnie.

Seunghyun natychmiast przewrócił się na drugi bok, żeby leżeć twarzą do niego. Niemalże automatycznie objął go w pasie, przysuwając go do siebie.

– Tak – odpowiedział Jiyong. – To znaczy, prawie.

– Mhm.

– Nie podoba mi się zakończenie. Ani początek – zwierzył się. Seunghyun skinął głową. – Będę musiał to zmienić, ale do końca tygodnia powinienem być w stanie wysłać to do wydawnictwa. Nie wiem ile poprawek trzeba będzie wprowadzić… Seunghyun?

– Mhm?

– Co jeśli nie odważą się tego opublikować?

Rzeczy wyglądały znacznie lepiej, ale nie było idealnie. Państwo nie dyskryminowało Skaz oficjalnie, ale wewnętrznie i sekretnie wciąż objawiał się znaczny rasizm przeciwko nim. Nawet jeśli członkowie Yggdrasil chowali swoje tatuaże, bo wstyd było im się przyznawać do bycia przeciwko Skazom, tym bardziej zważając na to, że społeczeństwo, ludzie, stawali po ich stronie, to i tak większość wyżej postawionych osób krzywiła się na widok odsłoniętych odznaczeń. Najważniejsze było jednak to, że wyborcy zaczęli domagać się praw dla Skaz, więc politycy nie mieli wyboru, jak tylko zapewniać, że takowe wprowadzą.

I tak też się działo. Powoli, krok po kroku, Skazy wracały do społeczeństwa. Droga do sukcesu była jeszcze długa, ale z tego co Jiyong usłyszał, a źródła miał dobre, przywódcy wielu państw, zważając na czerwony śnieg i zmiany zachodzące w Korei, zaczęli się przestawiać na pokojowe podejście. Wojna zaczynała umierać i za niedługo miała się stać jedynie wspomnieniem oraz wpisem w podręcznikach do historii.

– Na pewno… – Seunghyun ziewnął. – Na pewno to opublikują. Nikt nie próbowałby cię zdenerwować.

– Co jeśli opublikują to tylko po to, żeby mnie nie zdenerwować?

– Jiyong. Idź spać.

Jiyong westchnął, ale zaczął świadomie rozluźniać mięśnie, jeden po drugim.

-Seunghyun?

-Tak.

Zaczynał się irytować; Jiyong mógł usłyszeć to w jego glosie.

– Pojedziemy w weekend nad morze? Otworzyli przyjazną psom plażę, i chciałem…

– Pojedziemy gdzie chcesz, kiedy chcesz, tylko daj mi już spać.

Jiyong roześmiał się cicho, przyznając mu rację. Tak, czas spać.

Ale jeszcze przez chwilę leżał, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu rozluźniony. Gdyby mógł, leżałby tak już zawsze, wtulony w swojego chłopaka, wychodząc z łóżka tylko po to, by się umyć i wziąć z kuchni coś do jedzenia. Mimo że było to niemożliwe, bo obaj mieli swoje obowiązki, dla Jiyonga nie stanowiło to problemu.

Wystarczyło mu, że wieczorem mogli w spokoju zjeść kolację, a potem pójść do łóżka, razem, zasypiając w swoich objęciach, bez większego stresu albo niepokoju.

Nowy Świat, pomyślał.

Tak, to był bardzo odpowiedni tytuł dla jego pierwszego porewolucyjnego artykułu.
Zamknął oczy i zasnął, żegnany równymi, głębokimi oddechami owiniętego wokół niego Seunghyuna.